Jestem Marek Łucznik, fotograf z Poznania. Od 11 lat zarabiam na życie ślubami i reportażem, ale to, co najważniejsze, dzieje się w projektach, w których nikt mnie nie zatrudnił.
Skąd nazwa. Łucznik to moje nazwisko, ale też metafora, którą lubię. Strzelec ma jedną strzałę, jedną szansę i długi czas na to, żeby się przyłożyć. Fotografia działa podobnie — możesz robić serię tysiąca zdjęć, ale i tak żyje z tego jedno, to które trafiło.
Jak pracuję. Zaczynałem od reportażu, dlatego nawet na ślubie nie ustawiam ludzi. Nie mówię „uśmiech". Nie organizuję „pozowanych" sesji z parą za rogiem kościoła. Idę za tym, co się dzieje, i czekam aż w kadrze pojawi się to, co chciałem mieć od początku.
Z kim pracuję. Pary, które wybierają mnie na fotografa ślubnego, najczęściej trafiają z polecenia — nie reklamuję się płatnie. W projektach komercyjnych pracuję dla polskich marek modowych, restauracji i instytucji kultury (Teatr Polski, Stary Browar, Fundacja Malta).
Co dalej. W 2026 zamknąłem kalendarz ślubów na 14 wydarzeń rocznie — to maksimum, przy którym jestem w stanie zachować jakość. Wolne terminy publikuję raz w grudniu, na cały następny sezon.